Cyklonraport 20-26.08

W ostatnim tygodniu zawodniczo działo się niezbyt wiele ale wystartowaliśmy w PolandBike w Chotomowie (Robert - 10 miejsce na mini), w ŻTC (Łukasz - 12 miejsce na Super Prestige) i w Mistrzostwach Polski w Triathlonie w Kraśniku (drugi Łukasz - 11 miejsce).


Łukasz o ŻTC:
Na ŻTC do Góry Kalwarii pojechałem z myślą o przepaleniu nogi i przybiciu piątki ze znajomy, których dawno nie widziałem
Poprzednie dwa wyścigi jechałem w strugach deszczu, więc sobotnia mżawka i +20 stopni nie zrobiły na mnie wrażenia. Taka pogoda świetnie "filtruje peleton" i na starcie stoją zawodnicy gwarantujący wysoki poziom ścigania. Organizacyjnie cykl ŻTC wypada bardzo dobrze - opłata w biurze 2 min i świetne zabezpieczenie trasy.
Start punktualnie o 12. Na pierwszym zakręcie młody zawodnik zbyt mocno dohamował i mało brakowało do spektakularnego położenia peletonu
Kolejne kilometry i kolejne próby odjazdów, ale bez powodzenia. Nie angażowałem się, jadąc spokojnie w peletonie. Przed zjazdem do Dębówki ustawiłem się z przodu, żeby uniknąć nerwowych sytuacji. Nawierzchnia była w ziemi i wodzie spływającej po deszczu. Zawodnicy mocno zwalniali, a ja dokręciłem Kilka dni wcześniej niezastąpiony Marcin z Cyklon Sport Serwis założył mi świetną szytkę Tufo Elite Ride Chłopaki puścili mnie i dosyć szybko zrobiłem przewagę. Liczyłem, że pójdzie pościg i w 3-4 osoby odjazd może się udać. Na wjeździe do Góry Kalwarii miałem ok minutę przewagi i fotografa tylko dla siebie Spodziewałem się, że nie widząc mnie na horyzoncie peleton weźmie się do pracy. Mój odjazd zakończył się po ok 16 kilometrach. Kolejne rundy i kolejene próby odskoków innych zawodników. Tym razem peleton bardzo szybko kasował. W wielu miejscach, żeby utrzymać się na kole trzeba było jechać ponad 50km/h. Na 30km przed metą poczułem straszne skurcze pomógł szot z magnezu, ale niestety wziąłem tylko jeden. Na 4km przed metą miałem już taki beton w nogach, że bałem się czy nie przewrócę się na podjeździe pod Lipkowską Puściłem korby i odpadłem od peletonu Po chwili jechał starszy pan samochodem i krzyczał, żebym się za nim schował to mnie podciągnie. Grzecznie podziękowałem i wyjaśniłem, że to byłoby nie fair wobec kolegów, z którymi się ścigam Pan trochę zdziwiony, że nie chcę skorzystać, odjechał Dojechałem 1 min 50s za zwycięzcą - cóż przepaść, ale w kolarstwie często trzeba znosić porażki, wyciągnąć wnioski i następnym razem spróbować wygrać



Szymon w tym czasie badał warunki w Beskidzie Żywieckim i stwierdził, że jest wyjątkowo sucho ;)



Janek, przy kapryśnych warunkach pogodowych, robił rekonesans na trasie Rajdu Wokół Tatr.



Niezawodny Przemek, jak zawsze, nadesłał raport z kolejnego wypadu w góry.

Przemek:
Kolejna mikroprzygoda, tym razem Beskid Sądecki i Pieniny. Chciałem po przyjeździe do Szczawnicy wdrapać się na nocleg do schroniska na Przehybie i zacząć rano wycieczkę już na wysokości ponad 1000m, ale pomruki burzy gdzieś po Słowackiej stronie trochę mnie wystraszyły i ostatecznie ruszyłem dopiero rano. Spakowany lekko i wygodnie - bez plecaka ale ze śpiworem, kurtką przeciwdeszczową i zapasowymi ciuchami w worku pod siodłem - ruszyłem na szlak nie planując niczego za bardzo w przód. Na ten dzień zapowiadano liczne burze, więc zakładałem ewakuację na dół do miasta lub przeczekiwanie w schroniskach.
Pierwszy etap to długi podjazd na Przehybę, gdzie po drodze zjadłem więcej jeżyn niż przez cały rok. W schronisku, jedząc unoszącą się na powierzchni tłuszczu jajecznicę i popijając kawę składającą się głównie z fusów, opracowałem kolejny etap wycieczki. Przetoczyłem się Głównym Szlakiem Beskidzkim przez Radziejową. Tu zakręciła się w oku łezka, bo nie dalej jak kilka lat temu zjazd z Radziejowej w stronę Rogaczy wydawał mi się niezjeżdżalny, a teraz poradziłem sobie z nim bez większych problemów z tobołkiem bikepackingowym. Kolejnym przystankiem był Rezerwat Biała Woda w Jaworkach, gdzie znów chwilę odpocząłem, wymyślając kolejny kawałek trasy.
Postanowiłem przeskoczyć w Pieniny i sprawdzić nowe miejsce ścieżkowe, Singletrails Lechnica. Wspiąłem się więc do schroniska pod Durbaszką, skąd po chwili jazdy przez Małe Pieniny dotarłem na Wysoki Wierch. Tu wiatr urywał głowę i w końcu zaczęło padać, ale postanowiłem nie zawracać, tylko zjechałem na słowacką stronę. I dobrze zrobiłem, bo pokropiło przez 10 minut i był to jedyny deszcz, jaki mnie przez cały dzień złapał. 
Przy Przełęczy nad Tokarnią, zamiast zjechać kawałkiem asfaltu postanowiłem na skróty przebić się dziwnym szlakiem, zaczynającym się od przejścia przez płot. Szlak prowadził przez pastwiska i po jakimś czasie doprowadził mnie prosto w stado białych krów. Zwierzęta te, niewątpliwie bardzo mądre i ciekawskie, prawdopodobnie pomyślały że przychodzę zabrać je z pola, bo najpierw kilka a następnie wszystkie zaczęły za mną iść. W dodatku gdy tylko na nie nie patrzyłem, zbliżały się coraz bardziej. Szlak w tym miejscu był grząski i nie dało się jechać, maszerowaliśmy więc tak przez kilka minut i ze wstydem przyznaję, że wcale nie czułem się wtedy pewnie.
Dotarłem do do Lechnicy i wjechałem ciekawym szlakiem podjazdowym na jakąś bezimienną górę. Wybrałem losowy szlak Griftof, ponieważ był najdłuższy. Bardzo mi się podobał, nie był przekombinowany, ale dosyć szybki i widokowy. W dolnej części szlak z lasu wyrzucał na całkiem odsłonięte łąki z widokiem na Trzy Korony. Bardzo mi się podobało i nie mogę się doczekać kiedy uda się zwiedzić całość.
Po zjechaniu zrobiłem rachunek sumienia i stwierdziłem, że jestem zbyt blisko Szczawnicy, żeby logiczne było szukanie innego noclegu. 10 km ścieżki rowerowej wzdłuż Dunajca i znowu wróciłem w punkcie startu. Zdążyłem zjeść jakiś obiad i dotoczyć się do kwatery, kiedy rozpętała się w końcu obiecywana burza, deszcz padał przez cała noc i jeszcze rano. Znowu jakimś cudem udało mi się wstrzelić w okienko pogodowe, a pętla 70+ km i 2000m przewyższenia nie zostawiła niedosytu.




Z aktywności nietypowych klubu, Mateusz w ramach pracy nad książką wybrał się nurkować.

Mateusz:
Pisać książkę o zegarkach do nurkowania i nie powąchać zapachu słonej wody? Przecież tak nie można. Dlatego wczoraj wyłączyłem komputer i z nieustraszonym towarzyszem Bartoszem Kłapotem ruszyliśmy na podbój Bałtyku

Gwoli wyjaśnienia trzeba zaznaczyć, że chociaż od kilkunastu lat mieszkam setki kilometrów od morza, to jestem "dzieckiem" wody. Całe dzieciństwo i lata młodości, to pluskanie się w zatoce, nurkowanie do muszelek, skoki do wody z mola i inne "bezpieczne" zabawy nad wodą.

Plan na wycieczkę zakładał dopłynięcie do starej niemieckiej torpedowni w Babich Dołach, a następnie nurkowanie bez sprzętowe na wstrzymanym oddechu i zdjęcia pod wodą w sprzęcie retro z epoki. 
Fala była na tyle wysoka, że 3km do torpedowni zajęły nam 1:15h, głównie z powodu mojej słabej techniki wiosłowania na morzu. Za to powrót trwał jedynie 35min, momentami surfowaliśmy kajakami na wysokich falach

Nurkowanie wyszło trochę gorzej. Dno było wzburzone, widoczność słaba, a my bez pianek solidnie zmarzliśmy po 3 godzinach w wodzie. Mimo to udało się coś nakręcić pod powierzchnią (na razie na kamerze Bartka).

Nurkowałem w zegarku Wostok Komandirsky (nie amfibia), głębokościomierzu francuskim La Spirotechnique z wyposażenia MW i masce włoskiej prawdopodobnie z lat 70. Sprzęt wytrzymał, a ja się nie utopiłem

Rada dla potomnych: Nie bójcie się zakładać swoich vintage diverów do wody. Oczywiście trzeba wcześniej sprawdzić szczelność (stan uszczelek, gwintów i szkła) i nic już nie stoi na przeszkodzie, aby dać im drugą młodość.




Wyniki:

MP w Triathlonie (V Triathlon Kraśnik) 26.08m.openm.kat
Łukasz Danielak7211
PolandBike Chotomów 25.08m.openm.kat
Robert Szymański (mini)20810
ŻTC Góra Kalwaria 25.08m.openm.kat
Łukasz Łyjak (super prestige)12













Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza