Start maratonu dziś spod galerii Korona w Kielcach. Dość nietypowe miejsce, jak na taką imprezę, bo zwykle starty i meta są albo gdzieś w oddaleniu od miasta albo z jakiegoś stadionu, albo w parku. A tu - prawie środek miasta, tłum rowerzystów przewalających się przez oszklony budynek, gdzie mieści się biuro zawodów. Parking galerii udostępniony dla zawodników - super, samochód nie będzie nagrzany jak piekarnik, gdy wrócę.
Przed startem spotykam Sołtysa, wita się ze mną również Martink. Gawędzę z zawodnikami z Crazy Racing Team, robię rozgrzewkę na pochyłym wejściu do galerii. W sektorze poznaję Janusza, który wraca do ścigania po dłuższej przerwie. Rozmawiamy... o wypadkach na trasie i chyba w złą godzinę bo niedługo po starcie, jeszcze na rundzie honorowej, on zaczepia się z jakimś innym zawodnikiem i obaj szlifują asfalt. Zwalniam, pytam czy wszystko OK ale Janusz macha, że mam jechać, znaczy - chyba OK.
Ten drobny incydent znacząco wpływa na moją dzisiejszą jazdę. Jadę na "pół gwizdka", zachowawczo. Tam, gdzie mogłabym puścić heble - hamuję; tam gdzie mogłabym dokręcić - nie robię tego. Błoto staram się omijać, czasem na piechotę. W jedynym miejscu, gdzie postanawiam objechać błotny rów niestandardową ścieżką (do łagodnej i wyjeżdżonej - kolejka), natykam się na niespodziankę - błoto jest głębsze niż by się wydawało i przednie koło zasysa mi się. Robię efektowne OTB i cud jakiś, że w błocie całe są tylko rękawiczki a nie moja facjata ;) W błocie za to jest cała kierownica, włącznie z Garminem i manetkami. OTB musiało wyglądać poważnie, bo kilka osób pyta się, czy jestem cała a mnie nie stało się kompletnie nic bo lądowanie było bardzo miękkie (warstwa błota była tam jak puchowa kołdra).
Chociaż gleba była niegroźna, chwilę zajmuje mi dojście do siebie - przez ten czas prowadzę rower po wybrzuszeniu między koleinami i tam łapie mnie Mazi z nieszczęsnymi, krępującymi zdjęciami ;) Oczywiście moja prośba, żeby nie robił mi krępujących zdjęć skutkuje zrobieniem aż trzech ;)
Fot. Łukasz Maziejuk

