Cyklonraport 9-15 lipca

W tym tygodniu clue programu był ponoć najtrudniejszy wyścig szosowy w Europie - Tatra Road Race. Udział w wyścigu wzięła trójka naszych zawodników - Paweł, Mikołaj (obaj na dystansie długim, 125 km) i Marta (krótki, ale także wymagający, 54 km).

W tym wyścigu żadne z nich nie liczyło chyba na wysokie miejsca, za to każde miało porachunki z zeszłoroczną edycją.

Marta:
Wieczorem przed wyścigiem strasznie się stresowałam, długo nie mogłam zasnąć, spałam bardzo źle, wielokrotnie się budząc. Rano obudził mnie deszcz (czemu mnie to nie zdziwiło?), jednak przestało padać zanim moje morale siadło ;) Pierwsze kilometry po starcie żwawiej niż w poprzednich edycjach, czułam się dobrze i mocno. Jak zwykle - oby przeżyć wspin na Salamandrę, potem już powinno boleć mniej ;) I faktycznie tak było... bolało jednak trochę jeszcze na kilku podjazdach, m. in. jak zawsze na Bachledówce, którą jednak podjeżdżam bez tropienia węża, oraz na koszmarze sennym czyli Ostryszu - ten podjazd, który widać od podnóża w całej okazałości, gdy wije się w górę niczym pyton z Gassów, jest w stanie utłuc resztki morale. W zeszłym roku częściowo tutaj z buta więc miałam do wyrównania porachunki. Udało się, potem został już tylko do podjechania Butorowy. Prawie cały wyścig na sucho, jednak nie podarowało mi - za Dzianiszem nastąpiło oberwanie chmury i ostatnie kilometry podjazdu i początek zjazdu do mety w zimnej ulewie. Ten ostatni zjazd - Salamandra i Nędzy-Kubińca do mety - to był koszmar. Na Salamandrze "modliłam się", żeby nic nie wyjechało zza zakrętu oraz żeby auto siedzące mi na plecach nie próbowało mnie wyprzedzić (wyprzedziło). Na Nędzy-Kubińca jechałam z kolei za samochodem, co było mega niebezpieczne. Nie dało się go wyprzedzić (podwójna ciągła i sznurek samochodów z naprzeciwka) i jadąc za nim też w myślach błagałam, żeby nie hamował... Mimo wszystko do mety dotarłam cała i zdrowa, choć dość mokra ;) W tym roku przewyższeń było nieco więcej (o około 200m) więc trasa trudniejsza. Jednak mój czas był o kilka minut lepszy od zeszłorocznego. Gdyby nie kapeć złapany na trasie, byłby lepszy o kilkanaście minut. Wszystko w siodle a na Stravie żółto od PR-ów więc jestem mega zadowolona.





Paweł:
Jechało mi się przepysznie, rower działał jak nigdy, cichutki sztywny… byliśmy jednością. Pierwsze zjazdy pokonuję z wyjątkową łatwością, z dużymi prędkościami, czuję obcy mi komfort, nie boje się zjazdu… aż nagle czuję coś czego nigdy w życiu jeszcze nie miałem… koła straciły przyczepność, weszły w turbulencje tzw. "efekt Shimmy”. Za mną słyszałem tylko krzyki, ale wiatr nie pozwalał mi uchwycić praktycznych bardziej lub mniej porad… może to i lepiej… w końcu złapałem równowagę dohamowałem do 30 i w tym momencie minęło mnie z 40 zawodników… musiało to wyglądać makabrycznie, skoro nikt nie odważył się wyprzedzić wcześniej. 
Od przygody z Shimmy wróciłem do klasycznych zjazdów czołowego zawodnika KK Cyklon Warszawa, tylko jeszcze wolniejszych… między 30 a 40 kmh. Niewiele później, tuż przed podjazdem na „Bachledówkę” poczułem pierwsze skurcze, w nietypowym miejscu – po wewnętrznej stronie ud. Wstałem zacząłem jechać na stojąco i na szczęście odpuściły, ale tylko po to, by atakować mnie na każdym kolejnym sztywniejszym podjeździe. Tuż po bufecie, na zjeździe poczułem pieczenie na czole, złapałem za kask i spróbowałem „uwolnić” owada, ale ból się nasilał, zatrzymałem się, a wewnątrz kasku, miałem rozmazane wnętrzności osy, a na czole piekącą gulę… no i kolejnych 20 zawodników doliczyło się do listy do wyprzedzenia. 
Jestem zawiedziony tym wyścigiem, mimo że widoki piękne atmosfera cudowna… to czułem siłę i miałem w pełni odżywiony organizm, mogłem mocno powalczyć, spokojnie poprawiłbym czas z zeszłego roku… a musiałem uciekać przed pilotem na końcu stawki, gdyby nie kolega z kolarski.eu, który motywował mnie co bufet i na szczytach podjazdów, żeby nie rezygnować tylko dojechać, niezależnie od czasu… zjechałbym po pierwszym… a już na pewno po drugim bufecie… 
Co tu dużo mówić, póki co, nie planuje jechać Tatry za rok… ale chyba będzie trzeba w końcu pokonać ten wyścig… jak to mówią – do trzech razy sztuka.






Mikołaj:
Rano, dzień wyścigu, w okna uderza deszcz. Morale spadają do zera. Pomimo braku motywacji, wstaję, bo trzeba zachować chociaż pozory. 
Razem z bratem mamy jechać swoje. Obaj bez treningu, zakładamy, że jedziemy razem, choć ktoś ustalił, że to ja jestem liderem Cyklona… Start. Wszyscy jadą, niektórzy łapią gumy, inni coś pokrzykują, a ci najgorsi wymijają innych po chodniku terroryzując pieszych… Pierwszy podjazd pod Butorowy Wierch robi selekcję i każdy zaczyna jechać w grupetach, które są odpowiednie. Z każdym kilometrem następuje przeskok, ale do grupy w dół i tak już do końca. Na najbardziej znanych podjazdach: Bachledówka i Pitoniówka, wszyscy cierpią. Jadę dalej, ale niestety z każdym kilometrem zaczynam się zastanawiać czy ta walka ma sens, bo jedyne myśli , jakie mam to, że golf to fajny sport i na pewno dobrze bym się na nim bawił. Ciężko mówić obiektywnie o wyścigu. Dla mnie po raz pierwszy było to straszne piekło i wiem, że na pewno za rok nie pojadę, jeśli w ogóle nie będę do tego wyścigu przygotowany. Moja jazda kończy się na podjeździe sponsorowanym przez Red Bulla. Przy przepychaniu roweru, przednie koło mi podskoczyło i postawiło mi rower bokiem. Niestety na takim nachyleniu nie da się ruszyć spokojnie na trasę, więc musiałem podejść do wypłaszczenia. Potem jechałem już sobie wesoło, rozdawałem bidony dzieciakom niczym Peter Sagan na TdP, wstąpiłem do piekarni i kupiłem sobie bułeczki. Potem, jak mnie mijali Ci bardziej ambitni z ogona peletonu kulturalnie życzyli mi smacznego. Uwielbiam Tatry i tak będę tu wracał, jednak chwilowo moja Psyche mówi stop. Widzimy się na wyścigu w Rajczy, a po drodze może jakieś ŻTC?





Wyniki:


Tatra Road Race 14.07m.katm.open
Marta Krzymowska (hard-fun)1729
Mikołaj Albrycht (hell-pro)146311
Paweł Albrycht (hell-pro)154334





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz