Cyklonraport 16-22 lipca

Nie uwierzycie... ale nikt się nigdzie w tym tygodniu nie ścigał. Wakacje jakieś, czy co? Aaaaa, wiem... zamiast się ścigać, siedzą przed TV i oglądają Tour de France ;D No dobra, niektórzy powyjeżdżali, np. Paweł, który katuje młodzieżowy znany klub z Wołomina na Mazurach ;)



Zobaczcie jednak, co ma do powiedzenia o swojej kondycji Mateusz:
Trudne są powroty do sportu. Dwa miesiące temu w jednym starcie naciągnąłem pachwinę, uszkodziłem biodro i kolano. Miesiąc praktycznie bez treningów, ostatnie 2 tygodnie robię ćwierć i półtreningi. Wyniki testów nie zachwycają:
60m - 8.15s
120m - 15.8s
200m - 27,5s
Kula 7.26kg - 10,3m
To wszystko są słabe wyniki, paradoksalnie najbardziej wartościowy jest ten z pchnięcia kulą :):) Dla mnie liczy się to, że mimo bólu pachwiny jestem w stanie trenować.

Adam z żoną spędzili część urlopu w górach:
W tym roku ze względu na konflikt terminów nie pojechałem na TRR, ale żeby nie być stratnym, z żoną urlop postanowiliśmy rozpocząć w Sudetach. Zapełniliśmy zwiedzaniem "po sam korek" 4 dni pod Szrenicą. Pierwszego dnia udaliśmy się w kierunku świątyni Wang w Karpaczu i oczywiście nie zaufałem mapie, co skończyło się dokręceniem na dzień dobry 10 kilometrów extra i przejazdem przez centrum Karpacza (bleee...). Jeżdżenie po Mazowszu też nie pomaga, teraz dopiero przekonałem się z czym musi zmierzyć się Marta podczas Uphill Śnieżka (chapeau bas) [w tym roku planuję wjechać tam po raz trzeci ;) - Marta]. Po obejrzeniu celu wyprawy i krótkiej wizycie w Karnonoskim PN (KPN), przez Podgórzyn wracamy do Szklarskiej. Drugi dzień bez rowerów ale widoki i inne atrakcje - niezapomniane, w tym udział w XXII Festiwalu Bike Week. Tak naprawdę ten dzień to to kumulacja przekonywania, że razem przejedziemy zakręt śmierci a później będę mógł sam pojechać przełęcz karkonoską :) ... i (ż)ona się zgodziła. Następnego dnia wyruszyliśmy ku zakrętowi śmierci. Dla rowerzystów śmiertelny to pewnie jest już sam podjazd. Później zgodnie z planem wycieczki zjechaliśmy na czarny szlak turystyczny do Piechowic. W trakcie zjazdu na rozwidleniu szlaków zapytałem odpoczywających turystów którym szlakiem łatwiej? Odpowiedź którą usłyszałem brzmiała mniej więcej tak: "Panie, my z duszą na ramieniu zeszliśmy tą drogą, którą Państwo właśnie zjechali na rowerach!" (+10 punktów do DUMY). W Piechowicach kawa w hucie szkła i ruszamy pod Chojnik. Właściwie to pewnie dałoby się to wjechać do samego zamku po czerwonym szlaku, ale skoro wewnątrz KPN to trudno. Poza tym szlak czarny też oferuje swoje własne atrakcje. Po zwiedzani zamku obiad w "Pizza Coloseum". Później czułe pożegnanie żony i staję u stóp najcieższego według www.altimetr.pl podjazdu w Polsce. I już po 75 minutach i 1072 metrach w pionie (korzystając ze starej kolarskiej prawdy, że nie ma takiej góry pod którą nie da się roweru podepchać) uzupełniam płyny w schronisku Odrodzenie. Zjeżdżając czuję się kolarsko spełniony, radość moja trwa do chwili kiedy staję przed powrotnym wjazdem do domu. Jestem zmęczony, ale przecież wjechałem "Odrodzenie" więc butowanie to trochę nie honor. Podjechałem i w nagrodę od Stravy dowiedziałem się, że trenuje tam też podjazdy Maja Włoszczowska, czyli że za kilka lat i ja będę mógł sięgnąć po Medal Olimpijski na przykład w Olimpiadzie "trzeciego wieku". Po czterech dniach intensywnej turystyki wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy na Kaszuby, ale o tym już w kolejnym raporcie.





Wyniki:
Nic nie ma :(


















Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza