XC Pinczów - chcę jeszcze raz!

Jadę do Pińczowa z niedaleka, bo akurat w tym terminie zaplanowany miałam urlop więc od wczoraj zalogowana jestem w Świętej Katarzynie, koło Bodzentyna. Stąd tylko godzinka jazdy do Pińczowa.

(fot. Michał Senderowski)


Jadę totalnie wyluzowana, bo z moich dotychczasowych doświadczeń z XC wynika, że dojadę na metę ostatnia. Jeszcze w piątek dodałabym "... i będę szczęśliwa, jeśli mnie nie zdublują" ale teraz już nie dodam bo w piątek organizator ogłosił, że zmniejsza liczbę okrążeń dla mojej kategorii z trzech (23km) do dwóch (16,5km). Nie wierzę, że na takim dystansie ktoś mógłby mnie zdublować (no, może Ula Luboińska...). Z jednej strony jestem nieco zawiedziona - co, tak krótko, nawet się rozgrzać nie zdążę ;) Z drugiej strony jednak na forum MTB Cross Maraton ktoś napisał, że pętla jest nieco hardkorowa i że się bardzo cieszy, że jedzie tylko dwa kółka (i to mężczyzna napisał!). Więc takie trochę mam mieszane uczucia. Niemniej jednak i tak jestem nastawiona na bycie ostatnią i planuję to potraktować jak mocny, dobry, trening.




Na miejsce startu dojeżdżam grubo przed czasem. Ludzi niewiele, co nie dziwi - bo męskie kategorie startują dopiero o 13:00 a dziecięce i kobiece dwie-trzy godziny wcześniej. Niedaleko mnie parkuję Crazy-van, którzy przywiózł Asię i Darka z Crazy Racing Team. Gawędzimy chwilę, potem ja idę odebrać pasek na numer startowy (oznaczenie kategorii)

Kobiet, jak to zwykle w XC bywa, niewiele. Całe 13 sztuk. K2 (6 pań) jedzie trzy okrążenia i startuje 5 minut przed naszą siódemką (która obejmuje wszystkie pozostałe kategorie kobiece, dwa kółka). Atmosfera przed startem wesoła a każda uważa, że dojedzie na końcu ;) Zdaje się, że na ten wyścig nie przyjechała żadna specjalistka od XC ;)

(fot. Michał Senderowski)


Początek po starcie niezbyt szybki, chyba każda "cyka się" wyjść na prowadzenie już na początku. Ja ruszam dość leniwie ale już po chwili jadę na przedzie z jeszcze dwoma dziewczynami. Po pierwszych dwóch zakrętach zostaję sama na przodzie a tamte jakoś się ociągają. Dochodzę do wniosku, że skoro już tak wyszło, to niech tak zostanie - będę miała lepszą pozycję na pierwszym podjeździe. 

(fot. Michał Senderowski)

Przyspieszam trochę i zostawiam dziewczyny na lekkim asfaltowym podjeździe. Gdy wreszcie dojazdówka do pętli zamienia się w teren i jest pierwszy mocniejszy podjazd, oglądam się - kolejna za mną zawodniczka jest dobrych kilkadziesiąt metrów za mną. To mi daje trochę kopa i mocno wspinam się na tę pierwszą górkę. Jest dość długa i stroma, końcówki nie udaje mi się zdobyć na rowerze ale dobiegam do końca, wsiadam znów na rower i lecę dalej.
Zjazd, podjazd, zjazd, podjazd, trasa obliczona chyba na wywołanie zawału serca. Do tego strome techniczne zjazdy. Po jakichś dwudziestu minutach dochodzę do poziomu tętna, które dotychczas uważałam za swoje TMax i od tej pory tętno nie spada mi zanadto. Pierwszy stromy zjazd i trochę się cykam, wolę jednak zsunąć się tu na butach. Okazuje się on jednak prostszy od kolejnego - długiego, krętego, wąskiego singla między drzewami, z luźną, lekko mokrą po burzy glebą. Ten drugi zjeżdżam, na hamulcu i bez sterowności, ale i tak jest szybciej niż gdybym złaziła go na piechotę. Na pętli jest trochę muld wytrącających z rytmu, trochę sekcji zjazd/podjazd, które powodują, że nie ma gdzie odpocząć. 

Większość trasy przebiega na odsłoniętym terenie a upał daje się we znaki już od pierwszych minut wyścigu, Jest jeden fajny przelot w kształcie "U" - szeroki, szutrowy, bardzo stromy zjazd a zaraz po nim podjazd o podobnej stromiźnie. Jedyną możliwością, aby to podjechać jest zjechanie bez użycia hamulców - tak też robię, co wywołuje gorący doping sędziów (bo zaraz za "U" jest punkt kontrolny). 
Pierwszą pętlę w całości przejeżdżam na pierwszej pozycji, pod koniec dubluję nawet ostatnią zawodniczkę z K2, ale moja rywalka powoli zbliża się do mnie. Moje tętno zaczyna wychodzić poza skalę, moje zmęczenie również. W dwóch miejscach nie daję rady, muszę się na kilka sekund po prostu zatrzymać i "wyzipać".

(fot. Paweł Kowalik)

W drugim takim miejscu dopędza mnie i przegania kobietka, która jechała za mną. Doganiam ją na tym stromym zjeździe, który poprzednim razem zeszłam ale zaraz mi ucieka. Potem doganiam ją na tym drugim trudnym zjeździe, tutaj dubluję przy okazji kolejną zawodniczkę z K2... wyraźnie na zjazdach jestem lepsza od mojej rywalki ale po tym zjeździe ona znowu mi ucieka. Nie starcza mi siły żeby za nią gonić. Gdy dojeżdżam i przelatuję przez "U" w podobnym stylu co na pierwszej pętli, sędziowie już kierują mnie w lewo (tj. do mety). Tu czekają mnie już tylko zjazdy, choć też nie należą do najłatwiejszych. W jednym miejscu nawet wylatuję z trasy. Na prostych dopedałowuję ile mogę. I znów doganiam tamtą kobietkę. Dopadam ją na końcówce. Niepotrzebnie wrzeszczę do niej "dawaj, dawajj!". Być może gdybym nie wrzasnęła to by się później zorientowała ;) 
Obie wycinamy sprint na maksa, ale ona jest w nieco lepszej pozycji - przed prostą do mety jest jeszcze zakręt w lewo i ona jest po wewnętrznej tego zakrętu. Muszę przejechać zakręt szerszym łukiem i odpadam kilka metrów. Nie mam siły już na nowo się rozpędzać. Patrycja wygrywa ze mną o 4 sekundy. 
Wjeżdżam na metę z bananem na twarzy, ale jestem tak zmasakrowana, że prawie spadam z roweru. Tuż za metą zwalam się na chodnik przy scenie i tylko trzymam rower, żeby się na mnie nie przewrócił.
Mirra widzi mnie ze sceny i woła pomoc medyczną, która zaraz się zjawia ale powoli już dochodzę do siebie. Hiperwentylacja, zdarza mi się czasem ;)
Tym razem wyniki są od razu - sms, że jestem druga w zasadzie nie potrzebny bo rywalizacja była tutaj jak na talerzu. Jakoś tylko nie dociera do mnie jeszcze, że jestem również druga w open (w mojej grupie) ;) Zresztą przez najbliższe pół godziny w ogóle mało co do mnie dociera, mój mózg najwyraźniej się wyłączył. Dopiero, gdy mój organizm zaczyna funkcjonować normalnie, po polaniu się wodą i wypiciu hektolitrów izotonika z bufetu, zaczynam się cieszyć. No bo jak tu się nie cieszyć, skoro się zakładało bycie ostatnią :)

Odczucia są cudowne. I chyba zintensyfikowane walką na ostatnich metrach. Taka bezpośrednia rywalizacja "kiera w kierę" nie zdarza się na maratonach - tam każdy w zasadzie jedzie sam, poza ścisłą czołówką panów. To fantastyczne uczucie, chcę jeszcze raz :)

Kat: 2/3, Open: 2/7

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza