Łurzyckie Ściganie - czasówka #3 Opacz

Dojazd do Opaczy na spokojnie rowerkiem. Uznałam że jak się ogarnę to wyjdę. Jak nie zdążę przed zamknięciem trasy na jej objazd to dramatu nie będzie bo co najwyżej może mnie zaskoczyć jakaś nowa dziura. Dlatego guzdram się rano straszliwie, jak nie ja. Śniadanko, kawusia itede ;)

Dojeżdżam na miejsce w dość spokojnym tempie, a po oględzinach listy startowej przed zawodami jadę z myślą: dziś to wygram.
Na miejscu jestem tuż przed dziesiątą więc czasu na objazd trasy już nie mam ale jest chwila na pogadanie z Mateuszem po odbiorze numeru startowego. Razem robimy rozgrzewkę na "bocznym torze". Mateusz we mnie wierzy i utwierdza mnie w przekonaniu, że dzisiaj wygram ;) 
Jadę dziś z lemondką (podobnie jak na drugiej czasówce z cyklu, w zeszłym roku) oraz pierwszy raz w kasku do jazdy na czas. Zarówno lemondka jak i kask to klubowy sprzęt Cyklona (czerpię pożytki z bycia członkiem tegoż), przeznaczony do wypożyczania właśnie na tego typu okazje :)
Aura jest dziwna, na słońcu gorąco, w cieniu wietrznie i chłodno. Jednak po dojeździe i rozgrzewce decyduję, że pojadę bez rękawiczek (trochę się ślizgają na lemondce, wolę mieć pewny chwyt).
Czas przed startem mija dość szybko i nagle orientuję się, że już jest 10:40, ups, zaraz startuję! Szybko lecę jeszcze na dogrzewkę i gdy wracam to akurat wyczytują mój numer. Wdrapuję się zatem na rampę ale znów nie odważam się wystartować z podtrzymania, wolę wystartować samodzielnie. Jakoś brak mi zaufania do samej siebie, że będę umiała tak wystartować.

Trzy, dwa, jeden... start! (fot. Łurzyckie Ściganie)




Pierwsza prosta jest krótka, rozpędzam się ale zaraz muszę hamować. Zakręt w lewo do Gassów - na wyjeździe z zakrętu stoją samochody więc nie ma jak go ściąć, mam tu jakieś zachwianie równowagi. Za zakrętem jest mi się jakoś ciężko rozpędzić, tętno też niezbyt chce wskoczyć na wysokie obroty. Składam się na lemondce ale to niewiele pomaga. Jadę, jak na mój gust zdecydowanie zbyt wolno ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić.
Po długiej prostej do Gassów prawy zakręt do Obór przy pętli autobusowej biorę gładko i udaje mi się przyspieszyć. Tutaj jednak następują drobne przeszkadzajki. Najpierw - jadąca całą szerokością szosy wycieczka. Wrzeszczę do nich: "Z drogi!!!". Robią mi trochę miejsca po lewej a w moją stronę sypią się jakieś wulgarne epitety. Potem lekkie spowolnienie i konieczność przejścia na baranka na dziurawym odcinku ale generalnie tempo jest trochę lepsze. Na prostej do Konstancina znów trochę wolniej a potem ten nieszczęsny podjazd, na którym muszę sporo zwolnić. W dodatku przed zawrotką w Konstancinie, akurat tuż przy słupku, dojeżdżam do jakiegoś lokalnego dziadka na składaku, co nie pozwala mi wziąć tej zawrotki z maksymalnie prawej krawędzi szosy i muszę mocno zawęzić zakręt. Kilka a może nawet kilkanaście sekund w plecy, jak nic. Po zawrotce z górki jadę przez moment prawie 50 km/h ale to tylko chwila. Generalnie cały czas mam problem z rozkręceniem tętna i uzyskaniem satysfakcjonującej prędkości. Zakręty "S" w Gassach od pętli biorę prawie nie zwalniając, cały czas powyżej 33 km/h - trening z Pomba i późniejsze ćwiczenie zakrętów dużo mi dały. Ostatnie dwie proste Gassy - Ciszyca i Ciszyca - Opacz próbuję jechać ile matka natura dała, nawet udaje mi się wreszcie wjechać z tętnem w wyższe rejestry. Znów przeszkadzajka w postaci rowerzystów jadących wycieczkowo całą szerokością. Tu krzyczę "Uwaga po lewej!" i robią mi grzecznie miejsce (bez epitetów). Tuż przed zakrętem do Ciszycy wyprzedza mnie dwóch zawodników.
Czasówkę kończę z czasem sporo gorszym niż w zeszłym roku (około pół minuty). Nie liczyłam zbytnio na pobicie zeszłorocznego czasu z uwagi na to, że jest dopiero początek sezonu, ale sądziłam, że strata będzie mniejsza. Szlag by tę zawrotkę w Konstancinie... ;)
Na mecie dojeżdża do mnie jeden z panów, którzy mnie wyprzedzili i rzuca: "Myślałem, że to facet jedzie". Zastanawiam się głośno, czy mam to odebrać jako komplement i pan potwierdza, że tak, to komplement ;) Razem robimy chwilę rozjazdu i rozmawiamy, potem idziemy zjeść babeczki i napić się soku do "bufetu" w szkole. Rozmawiam tam też przez chwilę z jedną z zawodniczek - szacuje swój czas na około 37 minut. Gdy wychodzimy, spotykamy Mateusza, który właśnie zjechał z trasy. Jest zadowolony i liczy na miejsce w pierwszej 10tce.

Chociaż znów są problemy z pomiarem czasu, udaje się je ogarnąć dość szybko i koniec końców następuje dekoracja. Kobietka, z którą rozmawiałam przed chwilą - 3 miejsce, potem jakaś inna pani - 2 miejsce. Mateusz kiwa do mnie głową i faktycznie - zaraz organizator mnie wyczytuje jako pierwszą. Odbieramy trofea (ładne kubki z wypisanym zajętym miejscem) ale zanim dostajemy nagrody zgłasza się jeszcze jedna dziewczyna twierdząc, że jej czas był lepszy od mojego. Po sprawdzeniu okazuje się, że faktycznie - około pół minuty szybciej. Nie była uwzględniona w wynikach bo org zapomniał uwzględnić wyniki osób zapisanych w ostatniej chwili. No więc zamieniamy się kubeczkami... 
Trochę słaba sytuacja.
Mój czas 34:26, czas zwyciężczyni 33:59. Gdybym pojechała równie dobrze jak w zeszłym roku to bym wygrała ;)
Całe podium męskie zgarnia - badum, tsss.... - Klub Żoliber ;) Nihil novi.

Wracamy z Mateuszem spokojnym tempem. Ja, z lekka wkurzona - trochę tym, że nie wygrałam tej czasówki chociaż byłam na to mocno nastawiona - ale głównie jednak żenującą sytuacją na dekoracji. Generalnie podoba mi się ta impreza ale wpadki z pomiarem czasu, od pierwszej edycji, są słabe. Organizatorzy powinni jak najszybciej dopracować ten element.
Mateusz, jak się później okazuje, niestety nie zmieścił się w top 10 ale i tak zajął bardzo dobre 18 miejsce ze stratą niewiele ponad 3 minuty do zwycięzcy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza