MTB Cross Maraton Łagów - drugi wycof

Świetnie mi się dzisiaj jechało. Tyle, że autem. Google wybrało dla mnie trasę przez Iłżę, która okazała się wprost cudowna widokowo, chcę jeszcze raz. Ale do rzeczy. Nie będę się jednak chyba zbytnio rozpisywać, bo dzisiejszy maraton to kolejna porażka mojej psychiki.



Początek trasy fajny. Z wykresu przewyższeń wynikało, że na początek jest mniej więcej 10 km pod górę ale to bardzo delikatna góra i po łące więc jedzie mi się fajnie, podziwiam widoki i zastanawiam się, gdzie ta góra jest. Dopiero pod koniec robi się stromiej i trudniej technicznie bo pojawiają się większe i mniejsze kamienie oraz błoto. Na razie jeszcze humor mi dopisuje.


(fot. Anna N.)








Niestety, tutaj przyjemność z jazdy powoli się kończy bo pojawia się błoto. Jeszcze trochę błota. I więcej błota. Koleiny z błotem, jeziorka z błotem, fura kamieni z błotem. Od czasu do czasu błoto jest przerywane kawałkiem doskonałego singla ale uroki tych krótkich fragmentów nikną wobec wszechobecności błota. Rower cały oblepiony chyba jeszcze przed końcem pierwszych 10 kilometrów. Dobrze, że chociaż bloki jeszcze działają ale mam chyba uraz po Łącznej bo znowu zaczynam schodzić z roweru przed każdym korzeniem, oby tylko nie zaliczyć gleby.
Powiem szczerze, znowu męczę się psychicznie. I chociaż mam naprawdę silne postanowienie, że przebrnę cały dystans, to zaczynam mięknąć. Tym bardziej w świetle takiego widoku, jaki zastaję gdzieś około 11-tego kilometra, tzn. zagrzebany po ośki w błocie terenowy pojazd ratowników medycznych i próby wyciągnięcia go z błota za pomocą wyciągarki zamontowanej z przodu auta.

Póki co jednak, jadę. A w zasadzie brnę w błocie i chociaż przeklinam głośno to jeszcze nie rzucam rowerem (co miało miejsce w Łącznej) i tak trochę jadąc, trochę prowadząc rower, docieram do bufetu na 20tym kilometrze, kompletnie wyczerpana psychicznie. Przez chwilę zastanawiam się, czy się tutaj nie wycofać, ale jednak mijam bufet usadowiony na polance i wjeżdżam znów w las. Znów w koleiny wypełnione breją. Za chwilę napotykam na dziwną szpiczastą hopkę, za którą płynie strumyk. Nie podejmuję się tego zjechać więc zsuwam się na butach po gliniastej nawierzchni. Za strumykiem próbuję wsiąść w błocie na rower ale jakoś dupowato to robię i walę się pedałem w kostkę (następnego dnia się okaże, że stłuczone mam obie kostki ale ni cholery nie mogę sobie przypomnieć, kiedy walnęłam się w drugą).

Moje postanowienie w tym momencie pryska już całkowicie. Odwracam się na pięcie i zawracam. Próbując się wspiąć na szpiczastą hopkę, zjeżdżam dość boleśnie na tyłku do strumyka, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję.

Chwilkę rozmawiam na bufecie z panem, który potwierdza moją obserwację, że warunki na trasie są najkoszmarniejsze od kilku lat i on by tego nie przejechał. Instruuje mnie, jak dojechać do asfaltu. Ruszam zatem i niedługo faktycznie dojeżdżam do asfaltowej drogi i kieruję się na Łagów. To jednak jeszcze nie jest koniec moich cierpień bo teren tutaj jest mocno pofałdowany więc co chwilę jest pod górę a wmordewind jest niemożebny. Te kilkanaście kilometrów do miejsca startu wydaje się nie kończyć, jednak wreszcie docieram na miejsce, zmęczona jak pies.

Mój "wczesny" powrót (po 3h) pozwala mi na obejrzenie finiszu pierwszych kilku zawodników dystansu FAN oraz na mycie roweru w ich towarzystwie ;) Komentarze z ich strony na temat błota na trasie są równie niepochlebne, co moje myśli na ten temat.
Bonusem wycofania się z trasy jest brak kolejki do myjki (chociaż i tak na mycie czekam chyba ze 20 minut bo myjek, jak zwykle jest ilość deficytowa).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza