Łurzyckie Ściganie - czasówka Gassy

Nigdy wcześniej nie startowałam na szosie ale bardzo kusi mnie, żeby spróbować. Jutro ŻTC Super Prestige w Mińsku, na które się wybieram, ale postanowiłam dziś przepalić nogę na czasówce w Gassach, o której dowiedzialam się gdzieś z tydzień temu.....


Ploty, ploty (fot. Marcin Sójka)



Okolica jest mi bardzo dobrze znana, trasa czasówki też....


Niedaleko, spokojnym tempem niecała godzinka więc jadę rowerem. Aura niepewna, zabrałam zatem plecaczek z wiatrówką i dodatkowego buffa na szyję. Pierwsza okazja, żeby pokazać się w teamowych ciuchach na starcie więc pod cyklonową koszulkę założyłam tylko potówkę z długim rękawem. Do tego długie rękawiczki. Ubiór okazuje się idealny na dzisiejsze warunki.



Wizyta w biurze zawodów - pusto. Dostaję numer 35 czyli start około 10:35. A tu dopiero 9-ta z minutami, co tu robić tyle czasu. No jak to co, ruszyć na trasę, zobaczyć w którą stronę wieje wiatr i czy na drodze od środy nie wyskoczyły żadne nowe dziury ;-) 

Niestety, wiatr wieje dziś w złą stronę. Wmordewind na początkowym odcinku od Gassów do Ciszycy, potem dalszy wmordewind po zakręcie w lewo w Ciszycy, potem w miarę spokój po kolejnym zakręcie w lewo w Opaczy (ale bynajmniej nie popycha). Nowych dziur nie ma, za to w Opaczy po lewej stronie drogi tną zwalone drzewo. Trzeba będzie uważać.

Po tej lekkiej rundce kręcę się po okolicy. Spotykam Cyklonów, Trenejro i Zosię, z którą znam się z Mazovii. Nie widzę nigdzie Uli, chociaż była zapisana na Datasporcie. Gadka szmatka i tak robi się 45 minut do mojego startu.

W miejscu startu wesoło, wszyscy rozmawiają ze wszystkimi, organizator objaśnia zasady i rozdaje chipy. Nagle pomiędzy tę gromadkę wpada samochód, trąbiąc i jadąc zdecydowanie zbyt szybko. Na szczęście wszyscy zdążają się odsunąć a organizator opieprza plującą się babę. Trochę jest stresu ale na szczęście szybko mija. Bengay pachnie a meszki gryzą.

Ponieważ jest chłodno, postanawiam nie dać mięśniom stygnąć, robię sobie jeszcze rozgrzewkę na trasie do Słomczyna.

Gdy potem czekam na swoją kolejkę, tętno skacze mi wyżej niż normalnie przed startem. Nie wiem czemu tak się stresuję. Dla rozrywki przyglądam się zawodnikom. Nie widzę chyba innych rowerów niż szosowe. Wśród nich sporo rowerów do jazdy na czas, niektóre nawet z pełnym kołem. Sporo czasowych kasków. Zastanawiam się, jaki tak naprawdę jest zysk czasowy z takim sprzętem, zwłaszcza jaki byłby dla takiego amatora jak ja.

Wreszcie ja. Minuta do startu... Pół minuty... 10 sekund... 3, 2, 1... GO!

fot. Łurzyckie Ściganie


Start zepsuty, jakoś bez przekonania nadepnęłam na pedały. Stracilam tu pewnie ze 2-3 sekundy. Ale dalej dostaję kopa adrenaliny i zapierniczam pod ten wiatr. Przepalam uda chyba na pierwszych 500m i muszę trochę zluzować ale i tak chyba mam niezłą prędkość. Jeszcze przed dojazdem do Ciszycy jednak, po około 5 minutach, wyprzedza mnie Bugatti Veyron ;-) Znaczy się Żoliber na sprzęcie czasowym. Zajmuje mu to 3 sekundy, a może 2. O rety, to było coś! Po skręcie w Ciszycy Żoliber znika mi na horyzoncie ;-) Przewidywałam, że jeśli będzie za mną startował mężczyzna, to mnie wyprzedzi, ale nie sądziłam, że aż tak.



Męczę się dalej, aż do zakrętu w Opaczy, potem można trochę odetchnąć i przyspieszyć. Może być niezły czas, w sumie. Jednak tu resztki godności odbierają mi dwa kolejne wyprzedzenia, drugi Żoliber a zaraz za nim jeszcze jeden zawodnik. O rety.

Trochę załamana, ale w końcu to faceci. W dodatku na sprzęcie do jazdy na czas. Ech, nieważne, pora jeszcze przepalić udo na ostatnim odcinku.

Po wjechaniu na metę przez chwilę jest mi mocno niedobrze ale mija. Dojeżdżam do grupki zawodników, sprawdzam czas. Na razie jeszcze nie wiadomo które miejsce. Na wyniki trzeba jeszcze trochę poczekać. Tymczasem zaczyna padac więc po spróbowaniu ciastek i soku z pokrzywy chowamy się pod namiotem i tu czekamy.

Przestaje padac i wychodzi słońce akurat na ogłoszenie wyników. Najpierw panie i jestem na trzecim miejscu. Przede mną Zosia, wyprzedziła mnie o 3 sekundy. Grrrr! Gdyby nie spartaczony start... Pierwsza jakas babeczka z Kolarski.eu, 10 sekund szybciej ode mnie.


Muszę pamiętać, żeby jednak na dekoracji występować w kasku ;) (fot. Łukasz Łyjak)

Z naszych, najlepszy wynik wykręcił Łukasz, był czwarty, zaraz po trzech Żoliberach. Tym bardziej daje mi to do myślenia, o ile jest się lepszym na rowerze czasowym ;-) 



Wracam z przygodnym znajomym, Mateuszem. I powrót najbardziej daje mi w kość bo wmordewind jest przez cały czas. Masakra. Zamiast rozjazdu wychodzi mi s3 i s4. Nie wiem, co to jutro będzie jak dzisiaj mnie tak styrało.



Fajna impreza, dobrze zorganizowana, kameralna. Może gdyby ją lepiej rozreklamować to byłoby więcej osób. Ale i tak było fajnie.

1 komentarz:

  1. Jakbym nie skończył czytać, na "łużyckie" to bym się zorientował, że to pod domem i też bym pojechał :)

    OdpowiedzUsuń