Kolarz bez ekipy za plecami, to najwyżej pół kolarza - Mazovia 24h



Przygotowania do Mazovii 24h trwały długo - to nie była impreza spontaniczna i poszło jak poszło… to i owo można by poprawić, ale 3-cie miejsce open (oraz w kategorii, która była ciężka) to jednak dobry wynik. Dumny jestem też z przejechanych 445 km i 5600 m przewyższenia :) Dotychczasowa moja życiówka to ok. 270 po asfalcie (w 95 roku) i 240 w terenie (Mazovia 12h kilka lat temu), więc progres spory.
Z tej całej imprezy najwspanialsze okazało się jednak wsparcie, które dostałem z wielu stron!


Foto: Zbyszek Kowalski



Po pierwsze “zakontraktowana” ekipa: nasz prezes niezastąpiony Marcin Cyklon Lirski i mój kumpel od podstawówki - Marek Kwapisz. 



Nie da się ukryć, że szczególnie dużo zawdzięczam Marcinowi - przez całą dobę ogarniał mnie i sprzęt na bieżąco, prowadził korespondencję, relację i kontrolował stawkę, wspierany zdalnie przez moją żonę. Gdyby nie on, kryzys który mnie napadł koło 3 w nocy skończył by się dłuższym leżakowaniem, pewnie do rana.
Mistrzostwem było też to, że Damian z Anią i Bartek z Tymonem wzięli, przyjechali i dołączyli do taboru w sobotę i zostali do niedzieli. W sobotę wpadli Janek i Karol. Wyrazy wsparcia… i współczucia przekazywane zdalnie też do mnie trafiały. Klub Kolarski Cyklon rządzi!



Skoro już o klubie mowa - ponieważ moje zasoby hardware’u są ograniczone, bardzo przydała się pomoc sprzętowa: garmin Kingi dał radę całe 24h dzięki powerbankowi od Przemka. A w odwodzie był jeszcze garmin od Rafała i klubowy. Nocna jazda w po trasie MTB łatwa nie jest, swoje światło mam przyzwoite i dobrze mi się z nim jeździ, ale na całą noc mogło być mało. Dużo mocniejsza okazała się elektrownia od Łukasza. Obu używałem na niepełnej mocy i w sumie do rana dojechałem bez zmian baterii… ale skoro przechodzimy do szczegółów, to wracamy do początku.





Przygotowanie



Planowanie i przygotowanie całej imprezy chyba wyszło dobrze. Do końca co prawda nie miałem strategii - pomysły były, ale jakoś nie miałem do nich przekonania. Po pierwszej godzinie, czy 2 wyścigu wymyśliłem, że dłuższy postój co 100 km powinien być dobrą koncepcją - postoje o zmiennej długości, pierwszy krótki, drugi i trzeci dłuższy, ostatni znowu krótszy, bo blisko do końca. Nie znając trasy mogłem założyć podobny podział tylko w czasie - co 4 godziny np. Chyba byłaby to lepsza koncepcja, ale ponieważ swój własny cel określiłem raczej w kilometrach, więc tego kryterium się trzymałem.



Jedzenie, napoje, oświetlenie itd - wszystko było przygotowane. Nie zaopatrzyłem się zbytnio w “koksy”, tylko w takie, które wcześniej testowałem (izo Nutrendu i żele Zipvita), ale “domowych” lekkich rzeczy miałem sporo (biszkopt, makaron, ryż z jabłkami, placki a’la omlet mocy, daktyle, banany, pomidorowa z ryżem). Poza wodą, muszynianką, wspomnianym izo, do picia sprawdzała mi się multiwitamina tymbarku - dużo cukru, dobrze stawia na nogi. Ratunkowo też cola i redbull. Ekipa ogarnęła zaplecze tak, że niczym nie musiałem się przejmować.





Pierwsze 14h



Podzieliłem relację na “połowy”, bo to 2 różne historie. Pierwszy raz jechałem z pomiarem mocy i to faktycznie jest zupełnie inna jakość… a w moim przypadku ma się nijak do tętna. Olałem tętno, jechałem na moc, bo była bardziej zgodna z subiektywnym odczuciem wysiłku. Czasy okrążeń pokazały, że tą metodą trzymałem równe tempo. Bidony regularnie wymieniałem na pełne, w kieszeni daktyle itp. Szło pięknie. Po 110 km postój max 10 min - zjadłem makaron z niewielką ilością tuńczyka i oliwy. Okrążenie po postoju i jedzeniu wyraźnie słabiej, kolejne nieco lepiej a potem znowu poszło. W którymś momencie złapałem się na wyraźnym spadku koncentracji (prawie się wyłożyłem na piachu) i ograniczonym kojarzeniu - trzeba było pójść w kofeinę i red bulla. Postój po 200 nieco się rozmył, gdyż wcześniej trzeba było założyć oświetlenie, ale to niczemu nie zaszkodziło. Generalnie pierwsza część poszła gładko i tym się różni od drugiej :)





Pozostałe 10h



Po północy żołądek zaczął się zapierać - to nie, tamto mu nie pasuje i zrobiła się lipa zupełna jakoś po godzinie 2. Może powinienem był bardziej w siebie wmuszać jedzenie na bieżąco, ale w stanie semi-przytomnym nie przyszło mi to do głowy. Zgon koło 2:30 był straszny. Czułem, że poważnie opadam z sił, więc zatrzymałem się żeby zjeść - to był akurat postój po 300 km. Zacząłem jeść (nie pamiętam nawet co), ale od razu chciało wyskoczyć, więc się położyłem, bo wtedy lepiej się przyjmowało. Po chwili chciałem wstać, żeby coś jeszcze złapać i jechać, ale zawroty głowy i mulenie momentalnie położyło mnie z powrotem. Postanowiłem dać jeszcze chwilę żołądkowi na oswojenie się z zawartością, ale ta chwila wystarczyła, żeby zaczęło mną telepać z zimna (co ciekawe bez normalnego odczucia zimna na skórze). Wyciągnąłem śpiwór i w niego wlazłem jak leżałem (tyle chociaż, że bez butów). Marcin z typową dla siebie energią przystąpił do akcji reanimacyjnej - pojechał na rowerze, z kubkiem w ręce, po gorącą wodę, z tego co pamiętam wlał we mnie na raty tą wodę, magnez, BCAA i jeszcze więcej ciepłej wody z miodem, kazał założyć na siebie wszystkie ciepłe rzeczy jakie były. Po niespełna godzinie wsiadłem na rower i jakoś ruszyłem. Dalej była ewidentna huśtawka - jak udało się coś spożyć, to było lepiej, a potem się kończyło i tak w kółko. W porze śniadaniowej żołądek się trochę uspokoił. Końcówka wyścigu była kombinowana - trochę żelu, multiwitamina, banany, cola, BCAA. Na ostatnie dwa okrążenia Marcin ruszył ze mną - uczciwie, żadnego holowania. To, świadomość bliskiego końca plus cola z BCAA i banany spowodowały, że 2 ostatnie kółka poszły prawie jak te na początku. Do tego mylna informacja o tym, że zagrożone jest 3-cie miejsce w open też zmotywowała. Na metę wjechałem w zupełnie dobrej formie i samopoczuciu, co kilka godzin wcześniej wydawało się nie do pomyślenia. Przez ostatnie kilka godzin poza obtarciami (a może raczej podrażnieniami) w okolicach pachwin zaczęło mi dokuczać prawe pasmo biodrowo-piszczelowe. Czasami przechodziło, ale przy każdym ruchu odbiegającym od standardu (nawet o milimetry) potrafiło wywołać zgrzyt zębów.





Wrażenia z trasy



Trasa super! Idealny kompromis między MTB a tym, co można jechać przez 24h. Oznaczona bardzo wyraźnie - żadnych wątpliwości. Pętla wg. licznika dokładnie 16 km, przewyższenia ponad 200 m. Młynek się przydał, ale ani kroku z buta. Asfaltu poniżej 200 m na pętli, oba przejazdy przez drogi pilnowane przez straż przez całą dobę. Były szerokie szutrowo-kamienne drogi leśne, single, zjazdy (mój max to 54 km/h) i oczywiście podjazdy. Odrobina piachu, ale nieuciążliwa. Większość trasy prowadziła lasami, więc upał nie był tak męczący. Zresztą w sobotę nie było jeszcze tak gorąco, a w niedzielę zanim się atmosfera solidnie podgrzała i tak było już praktycznie południe.





Po wyścigu



Wyścig pomimo problemów skończyłem w dobrej formie i tak mi już zostało. Tylko żołądek był w gorszej - do końca dnia zjadłem niewiele. W drodze powrotnej nawet nie zasnąłem, w domu na wadze zarejestrowałem 72,9 kg (wartość nie widziana od 96 roku), a w sobotę rano było 3kg więcej. Poszedłem spać dopiero wieczorem (21:30), obudziłem się rano koło 8-ej w dobrej formie. Z ‘dolegliwości’ lekko poddrętwiałe stopy i dłonie (strona małych palców). 


Foto: Zbyszek Kowalski

Reasumując


Przygotowanie treningowe, odpoczynek przed, przygotowanie zaplecza - wszystko jak trzeba. 
Główny problem - żołądek połączony z niedostateczną kontrolą spożycia. Szczególnie w nocy bilans na minusie… no ale w nocy się śpi a nie trawi pod obciążeniem. Następnym razem muszę ściślej zaplanować i przestrzegać harmonogramu jedzenia i picia.



Dostałem w kość, ale to jest to, co mi się podoba. Nie wiem, czy żona w przyszłym roku się zgodzi na powtórkę, ale do tego tematu wrócimy na jesieni przy wyznaczaniu cełów na przyszły sezon.



Epilog



Jak już pisałem na FB. To wszystko nie udałoby się, gdyby nie wsparcie (oraz wyrozumiałość) drugich połówek. Żona śledziła na bieżąco wyniki, była w stałym kontakcie z ekipą. Dzięki żona kochana! I dzięki Dominika z wypożyczenie Marcina :)





Foto: Zbyszek  Kowalski

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza