PB Nadarzyn

Jak ja lubię, dla odmiany, czasem "wystąpić" na mazowieckim maratonie. Może mają takie maratony swoje wady (np. dzikie tłumy na starcie i na trasie, dopóki stawka się nie poukłada... w przypadku startu z dalszego sektora - korki związane z gorszymi umięjetnościami zaawodników...) ale mają też zalety (niezaprzeczalną zaletą jest fakt, że nie trzeba wstawać o 6 rano, drugą - że spotyka się mnóstwo znajomych). Ponieważ teraz mam sporą przerwę pomiędzy startami w MTB Cross Maraton, to postanowiłam się przejechać do Nadarzyna. Raz, że noga musi się kręcić, dwa - że może uda mi się zdobyć punkty dla teamu a trzy - że chcę się porównać ze sobą samą z zeszłego roku.


Trasę w Nadarzynie zapamiętałam z zeszłego roku jako płaską, nudną i bez żadnych wyzwań technicznych. Więc nastawiona jestem na zaginkę od samego początku. Tymczasem, kręcę się po miasteczku i wypatruję Cyklonów. Jest między innymi Michał, Łukasz, Damian, Karolina, po jakimś czasie również dociera Adam i Małgosia oraz jeszcze jedna nowa koleżanka, Ania. Pogaduchy odchodzą w najlepsze, czas ucieka a tymczasem przydałoby się zapuścić żurawia na trasę. Ania decyduje mi się towarzyszyć więc jedziemy razem. Na pierwszych kilometrach jest kilka niedużych kałuż, podobnie jak w zeszłym roku. Przejeżdżamy kawałek i wracamy żeby zobaczyć końcówkę a potem rozjeżdżamy się do sektorów, bo już pora.

Po Otwocku spadłam do 8 sektora, podobnie jak Michał - którego tu spotykam. Cieszę się, że tu jest bo mam z kim pogadać (reszta Cyklona w innych sektorach) a poza tym może jest szansa że będziemy się wspierać na trasie (o ile startujący tłum nas nie rozdzieli). Dogadujemy się, że będziemy się starali jechać razem.

Po starcie jest tłoczno. Jakoś wyjeżdżam trochę przed Michała i staram się przebijać przez ludzi jadących rządkiem "po śladach". Gdzie się da, omijam bokiem, nawet trochę po chaszczach.

Jaka ja mała przy tych wszystkich rosłych chłopach (fot. Artur Więckowski)



Na początku nie oglądam się więc nie wiem czy Michał jedzie za mną, ale gdy po jakimś czasie, gdy się trochę poluźnia, sprawdzam - nie widzę go za sobą. No cóż - ustaliliśmy, że jakby co - nie czekamy na siebie. Ponieważ nie wiem, czy Michała tylko zablokował tłum czy może miał jakąś awarię, to nie czekam i jadę swoje.

Niedługo po starcie, na jakimś zakręcie mam lekką kolizję z potężnym zawodnikiem, który zahacza mnie chyba kierownicą, próbując wejść w zakręt przede mną. Przez moment widzę się już leżącą ale odzyskuję równowagę i jadę dalej, nie daję się wyprzedzić.

Bardzo możliwe, że to była właśnie ta sytuacja... (fot. Zbigniew Świderski)


Jedzie mi się bardzo fajnie, chociaż brakuje mi przewyższeń, bo już się przyzwyczaiłam że są. Tutaj ich po prostu nie ma. Jest to - poza fragmentem w żwirowni - chyba najbardziej płaski maraton na świecie. Nawet w Lesie Kabackim nie jest tak płasko ;) Leśne dukty, szutry, od czasu do czasu leśna ścieżka. Tak ogólnie to paradosalnie - trasa jest dość niebezpieczna bo zachęca do bardzo szybkiej jazdy co skutkować może wypadkiem - zwłaszcza przy jeździe w grupie albo na zakręcie. Mijam zresztą na trasie trzy razy "wysypanych" zawodników, w tym jednego chyba poważnie "wysypanego" - bo najpierw widzę stojącą z boku trasy, tuż przed szutrowym zakrętem, kobietę machającą rękami. Zwalniam - i dobrze - bo za chwilę widzę leżącego zawodnika a przy nim grupkę ludzi. Przejeżdżam ten fragment dość spokojnie i za chwilę widzę idę osobę z obsługi trasy, która pyta mnie czy karetka już jest. Nie było.

W niektórych miejscach warto trochę odpocząć (fot. Valery Hrodz)

Na tej trasie najfajniejszym fragmentem jest żwirownia. Pierwsza pętla prowadzi przez nią identycznie jak w zeszłym roku ale druga jest nieco zmodyfikowana i jedzie się po kapitalnym pumptracku. W pobliżu po hopkach jeżdżą motocykliści. Za wyjątkiem bardzo stromego piaszczystego nasypu na drugiej pętli, całą resztę żwirowni pokonuję bezproblemowo w siodle a na pumptracku stosuję tricki z Kazurki. Generalnie mam naprawdę zabawę na tym fragmencie. Fajny też jest niedługi singiel na dojeździe do parku - mety. Na dole krótkiego stromego zjazdu stoją ludzie i dopingują. Strasznie lubię takie miejsca ale rzadko się zdarzają takie sytuacje na maratonach MTB.

Michał odnajduje się w czarnomagiczny sposób w okolicach 37 kilometra. Na pytanie, gdzie się podziewał całą trasę, żartuje sobie, że specjalnie został z tyłu, żeby mieć większą satysfakcję z dogonienia mnie ;) A tak naprawdę - został przyblokowany po starcie i stracił sporo czasu przebijając się. Dalej jedziemy już razem, wzajemnie motywując się do szybszej jazdy. Najpierw ja namawiam Michała, żeby pogonić gościa z przodu. Michał daje w palnik i nie jestem w stanie utrzymać mu koła - ale chyba po niedługim czasie kończy mu się boost ;) Nie dogania tego gościa a nawet daje się wyprzedzić dwóm kolejnym i udaje mi się go dogonić. Teraz ja mam chyba więcej siły więc Michał jedzie za mną. Po jakimś czasie ja trochę wyrywam bo widzę z przodu kobietę i postanawiam ją "łyknąć", co przychodzi mi bez większych problemów. W międzyczasie Michał odżywa i wyrywa do przodu, znów zostawiając mnie bezczelnie z tyłu. Aż do mety próbuję go gonić ale już mi się nie udaje i w efekcie Michał dojeżdża kilka sekund przede mną.

Po dojechaniu na mete mam zdrętwiałe dwa małe palce prawej ręki. To chyba oznacza, że z Guru fittingiem coś poszło nie tak. Nie będę na razie jednak jednoznacznie wyrokować bo być może co innego było powodem. Muszę jeszcze pojeździć.
Sms z wynikami przychodzi bardzo szybko - 5 miejsce, czas 2:14:56. Gorszy niż zeszłoroczny ale też trasa była sporo dłuższa. Średnia w każdym razie wyższa.
Pomaratonowy melanż upływa bardzo przyjemnie. Siedzimy całą ekipą, szamiemy makaron i ciastka, gadamy sobie. Potem ja jeszcze idę poklaskać Karolinie na podium w MINI i wreszcie rozjeżdżamy się do domu.

[edit: open 12/27, kat. 5/11; rating w kategorii 89,5% to jest o wiele lepiej niż w zeszłym roku; dołożyłam się do punktów drużynowych i awans do 5 sektora - zadowolona]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz