HARPAGAN-48 (czterdziesty ósmy znaczy)


Wystartować w Harpaganie po raz drugi miałem zamiar od dawna, pierwszy start w 2011 bardzo mi się podobał, chociaż skończył się bez specjalnych sukcesów. Do tegorocznej edycji jesiennej podszedłem bez szczególnych przygotowań - dbając o nogę, ale bez specjalnego inwestowania w umiejętności nawigacyjne itp.

Cygan na PK 14 nad jeziorem Wdzydze

Do Lipusza koło Kościerzyny pojechaliśmy z rodziną już w czwartek wieczorem (a raczej w nocy) - dojazd w mgle spowodował, ze do piątku rano wygląd okolicy pozostawał raczej tajemnicą. Zakwaterowaliśmy się w niezwykle przyjemnym gospodarstwie agroturystycznym (http://www.idara.pl/agrobreza/). Piątek zleciał leniwie na zakupach, przygotowaniach, rejestracji w biurze zawodów itp.

Ponieważ start wyznaczony był na 6:30, więc dla spokoju wszystko przygotowałem dzień wcześniej - światła, licznik, mapnik, kompas(y), bidon z izo, plecak a w nim butla wody (pierwszy zgrzyt - zapomniałem worka-garba do plecaka), ryż z tuńczykiem, batony, daktyle i inne duperele. Wszystkiego za dużo - plecak za ciężki.

Wstałem o 5 (ciemna noc), zjadłem śniadanie, popiłem kawą i do boju! Zimno było jak diabli, więc postanowiłem założyć kurtkę a bluzę do plecaka na wymianę jeśli zrobi się cieplej. Wsiadam na rower a tam licznik melduje “bat low” - akurat teraz?!?! Na szczęście postanowił dalej działać, bo o 6 rano w Lipuszu ciężko dostać baterię CR 2032. W biurze i okolicach nikt nie miał zbędnej.
O 6:25 rozdali mapy - na pierwszy rzut oka oczywiście nijak nie chcą się punkty ułożyć w jakąś rozsądną kolejność, więc chyba najlepiej zacząć od góry. [Dla wyjaśnienia - Harp rowerowy rozgrywany jest w trybie scorelauf: jest 20 punktów kontrolnych (PK), o różnych punktacjach (1 do 4 za 1pkt, 5 do 8 za 2pkt,..., 17 do 20 za 5pkt - w sumie 60pkt max). Kolejność zaliczania PK dowolna.] Przez pierwsze pół godziny brak czołówki okazał się być sporym utrudnieniem. Niby światło na drogę mam mocne, ale mapy i licznika nijak nie widać. Na szczęście na tym etapie wystarczyło pędzić za innymi. Podczepiłem się pod gościa z udami torowca i wio.
Oficjalna mapa dla trasy TR200

Pierwszy punkt udało się zaliczyć szybko (nr 15), dalej znowu asfalt i ciągle za tym samym gościem. Na podjeździe okazało się jednak, że próba trzymania się go może się skończyć przedwczesnym zgonem - odpuściłem, albo raczej nie dałem rady utrzymać się na kole. Przy tej okazji kurtka okazała się zdecydowanie za ciepłym rozwiązaniem, więc na drugim PK (nr 19) zmieniłem na bluzę (czyt. - jeszcze więcej bagażu w plecaku).
Kolejne PK (7, 9, 1, 5, 18) jakoś szły do momentu aż mi po ok. 70 km licznik odmówił współpracy - bateria padła całkowicie. W dwóch kolejnych wsiach nie udało się dostać takowej, jednak udało mi się zaliczyć kolejny PK (nr 10) bez licznika (metodą liczenia w myślach sekund w celu określenia dystansu po jakim muszę skręcić w las). Szczęśliwie stamtąd trafiłem do większej miejscowości imieniem Dziemiany, gdzie w sklepie motoryzacyjnym znalazła się bateria. Nieubłagany upływ czasu spowodował, że postanowiłem ominąć PK 2 i uderzyć do 16 i 12, w ostatniej chwili orientując się, że jestem blisko PK6, który schował mi się za zgięciem mapy. Dalej 8 i 20 - tutaj poważniej zaczęło się odzywać zmęczenie, przyszła pora na ryż z tuńczykiem, który najpierw jeszcze bardziej mnie zamulił. Dopiero popchnięty colą ze sklepu w Karsinie zadziałał. Stamtąd, po odpuszczeniu 4-ki (daleko, za 1 punkt i czasu już za mało) przyszła kolej na PK14 nad jeziorem Wdzydze (foto na górze). Za 14-ką drogi w lesie raczej miały niewielki związek ze stanem widocznym na mapie - koło 13 w ogóle wszystko inaczej wyglądało, ale w końcu udało się znaleźć ten PK schowany w lesie, bez najmniejszego śladu drogi dojazdowej. Dalej plan zakładał: PK 17, 11 i do mety, jednak po dojechaniu do asfaltu zestawienie pozostałego czasu z odległością do 17-tki spowodowało, że odpuściłem (przekroczenie limitu czasu skutkuje utratą 1 punktu za każdą rozpoczętą minutę). Bez wielkiej presji została więc 11 i meta.

Ostatecznie czas mój wyniósł 11:23:49, zaliczonych 16 PK za 52 punkty, co dało 36-te miejsce na trasie TR200 (startowały 172 osoby). Gdyby PK17 się zmieścił, byłoby to przynajmniej 26 miejsce. Spokoju nie daje mi pytanie, czy te 36 minut nie wystarczyłoby przypadkiem na zaliczenie tego PK - byłoby nerwowo, ale może by się udało… o ile trafiłbym na PK bez szukania.

Wyszło jak wyszło… nie do końca zgodnie z oczekiwaniami, ale wnioski i nauka są:
Według Endomondo (http://app.endomondo.com/workouts/426213790/2863167 ) czas netto jazdy to 9:30:38 (!!!), minus rezerwa na mecie to i tak 2 godziny zmarnowane na odbijanie karty na PK-ach, oglądanie mapy, jedzenie, wizyty w sklepach itd. Z drugiej strony jak się to podzieli na 16 PK, to daje po 7,5 minuty na każdy PK. To dużo czy mało?
Wniosek na przyszłość - NIE STAĆ, JECHAĆ!!! 12 godzin to niby dużo, ale jednak cholernie mało!
Na efektywność wpływ ma też wyposażenie - mapnik leżący na ramie jest owszem przydatny… ale mało wydajny. Trzeba będzie zainwestować w coś porządnego (może nawet Miry). Kompas przed nosem też na stałe by się przydał. Obciążenie w postaci 4-5 kg towaru na plecach też nie jest dobre, ale jak tu rozegrać odżywianie? Daktyle się sprawdziły - 0,5 kg to jakieś 1300 kcal, a jak się je wsypie do kieszeni, to można jeść bez zwalniania. Wodę za to można kupić wszędzie, scyzoryki narzędziowe do niczego się nie przydały.
Potrenować jazdę z mapą i planowanie trasy też nie zawadzi. Według orgów optymalna kolejność wyglądała jak niżej - wcale nie taka oczywista.


Generalnie dobrze nie było, ale i tak było super. Pałam przemożną rządzą poprawienia się - za rok w październiku wypada 50-ta edycja Harpagana i na nią zamierzam się porządnie przygotować. Harpagan to impreza dla wszystkich, ale zdecydowanie trzeba się postarać, żeby zrobić go w całości i zarobić tytuł Harpagana - w końcu się uda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz